1 września 2016

Czarne Mydło Syberyjskie Babci Agafii - godny zamiennik szamponu




Dziś post o ulubieńcu ostatnich miesięcy, czyli tytułowym czarnym mydle, który choć nie przypomina zapachem tudzież wyglądem tradycyjnego mydła, jest kosmetykiem wielofunkcyjnym i z powodzeniem może zastąpić trzy rzeczy: żel do mycia twarzy, płyn do kąpieli oraz szampon do włosów. W moim przypadku, w tej pierwszej roli na dłuższą metę się nie sprawdził. Owszem, doskonale oczyszczał z podkładu i pudru, bez konieczności używania płynu micelarnego, ale po kilku dniach regularnego stosowania, przyprawił mnie o kilka nowych niespodzianek.
W roli drugiej jeszcze go nie testowałam, ale jest tak szalenie wydajny, że pewnie w końcu zacznę używać go i do ciała, kiedy będę się z nim chciała rozstać na amen ;)

Jeśli jesteście ciekawe, jak  coś co ma postać galaretki pachnącej buteleczką Misia Cobisia (moje rówieśniczki wiedzą o co chodzi ;) ) i zwie się chlubnie mydłem może się sprawdzić w roli szamponu do włosów, to zapraszam do dalszej lektury.




Zacznijmy od tego, że należy uważać na wersję pochodzącą z Estonii. Łatwo to zweryfikujemy po składzie, w którym Sodium Laureth Sulfate figuruje nie na drugiej pozycji, ale gdzieś w środku. Ja swoje mydło kupiłam na stronie Skarby Syberiiza cenę ok. 30 zł. Teraz niestety mają tam tylko wersję estońską, więc musicie szukać na innych stronach. 

Skład mydła syberyjskiego:
Aqua, Cedrus Deodara Oil, Davurica Soybean Oil, Abies Siberica Oil, Hippophae Rhamnoides Altaica Oil, Juniperus Communis Oil, Amaranthus Caudatus Oil, Rosa Canina Oil, Arcticum Lappa Oil, Linum Usitassimum Oil, Salvia Officinalis Intractum, Chelidonium Majus Intractum, Melissa Officinalis Intractum, Pulmonaria Officinalis Intractum, Chamomilla Recutita Intractum, Bidens Tripartita Intractum, Achillea Millefolium Intractum, Urtica Dioica Intractum, Sodium Laureth Sulfate, Sorbitol, Cocamide DEA, Arctostaphylos Uva-Ursi Extract, Inula Helenium Extract, Polygala Sibirica Extract, Pinus Silvestris Extrakt, Alnus Glutinosa Cone Extract, Rhodiola Rosea Extract, Evernia Prunastri Extract, Usnea Barbata Extract, Picea Siberica Extract, Saponaria Alba Extract, Saponaria Rubra Officinalis Extract, Glycyrrhiza Glabra Extract, Altaea Officinalis Extract, Rhaponticum Carthamoides Extract, Ozocerite, Tar, Inonotus Obliquus, Propylene Glycol Chenopodium Ambrosioides, Larix Sibirica Extract, Petrolium Distillates Oil , Methylisothiazolinone.  


Skład mydła estońskiego:
 Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Hydrogenated Starch Hydrolysate, Cocamide DEA, Dimethiconol, Polyquaternium-44, TEA-dodecylbenzenesulfonate, Cortusa Sibirica Extract*, Achillea Millefolium Flower Water*, Urtica Dioica Extract*, Chamomilla Recutita Flower Water*, Salvia Officinalis Leaf Extract*, Betula Alba Juice*, Melissa Officinalis Flower/Leaf/Stem Water*, Pulmonaria Officinalis Extract*, Avena Sativa Kernel Extract*, Arctostaphylos Uva Ursi Leaf Extract, Hyssopus Officinalis Extract*, Inula Helenium Root Extract, Festuca Altaica Extract*, Rhodiola Rosea Root Extract*, Cetraria Islandica Extract, Humulus Lupulus Flower Extract, Scutellaria Baicalensis Root Extract, Pinus Sibirica Seed Oil, Quercus Robur Bark Extract*, Glycine Soja Oil*, Linum Usitatissimum Seed Oil, Hippophae Rhamnoides Fruit Oil, Abies Sibirica Needle Oil, Amaranthus Caudatus Seed Oil, Arctium Lappa Root Extract, Rosa Canina Fruit Oil*, Juniperus Communis Fruit Oil, Sodium Shale Oil Sulfonate, Cera Alba*, Malva Sylvestris Flower Extract*, Abies Sibirica Needle Extract, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil, Althaea Officinalis Leaf Extract*, Larix Sibirica Wood Extract*, Gypsophila Paniculata Root Extract, Saponaria Officinalis Root Extract*, Glycyrrhiza Glabra Root Extract*, Agrostis Sibirica Extract*, Crepis Sibirica Extract*, Citric Acid, Parfum, Geraniol, Hexyl Сinnamal, Butylphenyl methylpropional, Linalool, Hydroxyisohexyl 3-cyclohexene Сarboxaldehyde, Methylisothiazolinone, CI 19140, CI 42090, CI 77492, CI 7749, CI 77499.


Od producenta:
Naturalne syberyjskie mydło o wyjątkowych właściwościach pielęgnacyjnych. Kosmetolodzy z moskiewskiej firmy, opierając się na wieloletnich doświadczeniach i tradycjach mieszkańców Syberii, po dwóch latach badań wybrali 37 syberyjskich roślin, z których wyciągi, ekstrakty i oleje (z zimnego tłoczenia) stanowią aktywne składniki tego unikalnego mydła. Na bazie naturalnych składników stworzyli idealną formułę pielęgnacji ciała i włosów. Wyciągi z roślin syberyjskich nadają mydłu niepowtarzalny zapach. Mydło nie zawiera sztucznych barwników i składników zapachowych. Zawartość naturalnych składników pieniących przydaje mu delikatności. Ma postać żelu. Jest bardzo wydajne .
Mydło przeznaczone do pielęgnacji ciała i włosów. Polecane osobom z problemami skórnymi: łojotok, egzemy, łuszczyca. Można go stosować jako żel pod prysznic i jako szampon do włosów.
Pielęgnuje, regeneruje i odżywia skórę ciała i włosy.



Moje wrażenia:
Po pierwsze pokochałam to mydło za zapach. Do tej pory używałam tylko ziołowych szamponów, bo tylko one radziły sobie z moimi przetłuszczającymi się włosami i nie obciążały ich. Zapach jednak pozostawiał wiele do życzenia i włosy nie były ani błyszczące, ani nawilżone na długości. 
Sama aplikacja jest przyjemna, bo mydło świetnie się pieni, co wpływa też na jego wydajność. Zazwyczaj myję dwa razy, więc przy drugiej aplikacji wystarczy odrobinka (mam włosy do ramion). To rekord w porównaniu z dotychczas używanymi szamponami bez SLS.
Po umyciu włosy są lekkie, sypkie, odbite od nasady i błyszczące. Nie elektryzują się na potęgę i lepiej rozczesują, choć zawsze używam odżywek. Mam też wrażenie, że są lepiej nawilżone. 
Kosmetyk poleciłabym do każdego typu włosów, zwłaszcza dla cienkich i przetłuszczających się. Myślę, że ukoi także wrażliwy skalp,ale jest to juz raczej kwestia indywidualna. 

 Po kilku miesiącach regularnego stosowania, moje kudełki troszkę się przyzwyczaiły do smakowitej galaretki z cudnym listkiem w środku i nie zamierzają być już tak piękne po umyciu, jak kiedyś. Zapewne jest to czas na przerwę i zmianę szamponu, ale do mydła i tak powrócę.Wiem na pewno, że nie zamieniłabym go na żadne z moich byłych "cudowności", czyli szamponów Green Pharmacy.

Szczerze polecam specyfik Babuszki Agafii ze względu na bogaty i w miarę naturalny skład, wydajność (będzie z Wami aż po grób ! xD ) i super efekty. 
Wiele osób zachwala sobie mycie nim twarzy, więc warto spróbować i ocenić samemu.




Testowałyście już rosyjskie kosmetyki z tej firmy? Jeśli tak, to koniecznie się podzielcie opinią w komentarzach.

Buziaki !!


2

9 sierpnia 2016

Góralskie burgery wegetariańskie z kotletami jaglanymi



Pojęcia takie jak wegetariański kotlet czy burger, nie stanowią już dziś nowości. Kiedyś nikt pewnie nie przypuszczał, że wegetarianie oprócz kotletów sojowych, będą mieli jeszcze do wyboru szeroką gamę innych smakołyków. Chociaż nie należę do społeczności wege, lubię eksperymentowanie i przełamywanie barier w kuchni.
Mając wolny dzień postanowiłam więc, że spróbuję wreszcie zrobić jaglane kotleciki, na które smaka miałam już od kilku miesięcy. Sprawa jest bardzo prosta i nie wymaga wielkiego nakładu pracy pod warunkiem, że jesteśmy otwarci na nowości ;)


Składniki na kotleciki:
1 szklanka suchej kaszy jaglanej
1 brokuł
2 średnie cebule
1 jajko
2 marchewki
bułka tarta do obtoczenia
ziarna słonecznika
zioła i przyprawy np. rozmaryn, majeranek, bazylia, oregano, zioła prowansalskie, sól czosnkowa, przyprawa do mięsa mielonego, curry, kurkuma, świeżo posiekana natka pietruszki
sól i pieprz (dodając przyprawy pomijam ten punkt, gdyż zazwyczaj zawierają już one te składniki)


Kaszę wielokrotnie płuczę w ciepłej wodzie, następnie zalewam wodą i gotuję w proporcji 1:2. Gotuję brokuł w lekko osolonej wodzie.
Cebule obieram, kroję i podsmażam na patelni.
Marchewki trę na grubych oczkach.
Do ugotowanej kaszy, dodaję brokuł i łączę je ze sobą za pomocą tłuczka do ziemniaków (można użyć ręcznego blendera). Dodaję startą marchew i cebulę, słonecznik, zioła i przyprawy i dokładnie mieszam. Następnie wbijam jajko i wyrabiam ręką, podobnie jak kotlety mielone. Formuję, obtaczam w bułce tartej (warto użyć jej sporo, bo kotlety mają tendencję do rozlatywania się). i smażę na rozgrzanym oleju kokosowym.



Kotlety mają jeden istotny minus- pochłaniają dużo tłuszczu, który trzeba stale uzupełniać, dlatego nie są do końca "fit" . Za to na pewno posiadają walory smakowe i są sycące. Jeśli nie jesteśmy na diecie i tłuszczyk nam nie wadzi, to na korzyść kotletów przemawiają witaminy i minerały zawarte w warzywach i kaszy.


Burger iście góralski :

Połówki bułki smaruję przecierem pomidorowym, nakładam na to pokrojone w plasterki oscypki i zapiekam chwilę w piekarniku na termoobiegu.
Po wyjęciu wkładam liście sałaty, plastry pomidora, które przedzielam kotletem.
Oryginalna obiadowa kanapeczka gotowa :)



 Lubicie kotlety wegetariańskie? Robiliście już kiedyś kotlety z kaszy jaglanej?

Pozdrawiam smacznie ;)
6

26 lipca 2016

Pharmaceris T : krem nawilżająco-kojący do twarzy SPF 30



Lato w pełni, więc wpis o kremie z filtrami aż się prosi. Jak to mówię ja: lepiej późno niż później, dlatego dopiero dziś piszę Wam o kremie, który jest ze mną od roku i używam go zarówno latem, jak i zimą. W stanach przesuszenia skóry twarzy, smarowałam się nim także na noc, choć pamiętajcie, że jest to jednak krem z filtrem a filtry należy generalnie zmywać przed pójściem spać.

Na początek słowo od producenta :



KREM NAWILŻAJĄCO-KOJĄCY do twarzy SPF 30 w trakcie i po kuracjach przeciwtrądzikowych SEBO-MOISTATIC

WSKAZANIA:

Krem polecany dla skóry trądzikowej – przesuszonej i podrażnionej na skutek kuracji przeciwtrądzikowych w tym również leczenia farmakologicznego, wymagającej wysokiej ochrony przed promieniowaniem UV.

DZIAŁANIE:

Krem intensywnie nawilża przywracając długotrwałą hydro-równowagę skórze wysuszonej silnymi kuracjami przeciwtrądzikowymi. Dzięki kompleksowemu działaniu higroskopijnych cząsteczek nawilżających i Hydructora krem wnika w głębsze warstwy skóry wiążąc i trwale utrzymując wodę w naskórku. Zmniejsza uczucie napięcia i dyskomfortu. Zawarty w kremie kompleks prebiotyczny oraz alantoina koją i łagodzą podrażnienia oraz stymulują wzrost ochronnej, fizjologicznej mikroflory naskórka zmniejszając nadwrażliwość skóry na czynniki zewnętrzne. Składniki antybakteryjne (wyciąg z kory wierzby oraz szałwii) regulują proces złuszczania naskórka, zapobiegając powstawaniu nowych niedoskonałości. Krem zawiera filtr SPF 30, który skutecznie minimalizuje ryzyko wystąpienia podrażnień oraz przebarwień w wyniku reakcji fotoalergicznej lub fototoksycznej. Krem szybko się wchłania i nie zatyka porów.
HIPOALERGICZNY
WYSOKA TOLERANCJA I SKUTECZNOŚĆ
PRZEBADANO DERMATOLOGICZNIE
Pojemność: 50ml

Na oczyszczoną preparatami Pharmaceris T skórę nałożyć krem omijając okolice oczu. Stosować codziennie rano. Idealny jako baza pod makijaż.


Moje odczucia:

Krem bardzo dobrze się wchłania. Jak na zawartość tak wysokiego filtra, skóra nie błyszczy się mocno po użyciu i makijaż też nie warzy się jakoś dramatycznie na nim. Osobiście nie zauważyłam wzmaganego wydzielania sebum (latem moja cera jest mieszana w stronę tłustej lub mieszana podczas stosowania kosmetyków wysuszających).
Zgadzam się z niekomedogennością produktu; podczas gdy zapycha mnie większość produktów, ten mogę spokojnie używać nawet cały rok.
Krem faktycznie nawilża i po aplikacji jest odczuwalne ukojenie skóry.
Mimo że używam na noc maści Metronidazol i sporadycznie Differin, dzięki porze roku i odpowiedniemu nawilżeniu skóry w ciągu dnia, nie mam problemu z przesuszeniem i znienawidzonymi suchymi skórkami.





SKŁADNIKI AKTYWNE:

  • HYDRUCTOR - wnika w głębsze warstwy skóry wiążąc i trwale utrzymując wodę w naskórku, zapewniając skórze odpowiednie nawilżenie oraz komfort.
  • kompleks prebiotyczny - stymuluje wzrost ochronne, fizjologicznej mikroflory naskórka zmniejszając nadwrażliwość skóry na czynniki zewnętrzne.
  • Alantoina - ukierunkowana na kojenie podrażnień, działa łagodząco i regenerująco na naskórek.
  • wyciąg z kory wierzby - działa przeciwbakteryjnie i łagodząco na naskórek. Wykazuje działanie antyseptyczne, reguluje proces złuszczania się martwych komórek skóry, zapobiegając powstawaniu nowych niedoskonałości.
  • wyciąg z szałwii - działa przeciwbakteryjnie i przeciwtrądzikowo.


Pomimo obecności nietolerowanego przeze mnie silikonu (Dimethiconu) kremik krzywdy mi nie robi.
Zgadzam się w pełni z tym, że jest to odpowiedni produkt do pielęgnacji cery w trakcie kuracji wysuszających i nie zrezygnuję z niego w najbliższym czasie. Jestem też ciekawa, jak sobie poradzi przy kuracji izotretynoiną doustną.
Jedyna wada to cena (około 40 zł) , ale przy tego typu kosmetykach, dostępnych tylko w aptekach jest to typowe. Warto więc szukać go na promocjach.
Wielkim plusem, który też rekompensuje jednorazowy większy wydatek jest niesamowita wydajność. Spokojnie starczy na niecały rok przy codziennym stosowaniu.








Podsumowując, polecam ten krem, ze względu na zawartość wysokiego filtra, składników nawilżających i ochronnych oraz niekomedogenność.  Poręczna tubka, brak kompozycji zapachowych i higieniczny otwór również działają na korzyść produktu.

Znacie kosmetyki Pharmaceris? Czy możecie coś jeszcze polecić z linii T,  przeznaczonej do cery trądzikowej? Jeśli tak, koniecznie dajcie znać w komentarzu :)

Zmykam korzystać ze słońca, oczywiście z filtrem na buzi :D Miłego dnia !!!
9

18 lipca 2016

Pixie Cosmetics: korektor pod oczy 00-Creme Brulee




Korektor pod oczy marki Pixie Cosmetics trafił mi się niespodziewanie w wyniku Facebook'owego losowania i tak oto po raz pierwszy udało mi się coś wygrać :) Wybrałam odcień najjaśniejszy 00-Creme Brulee, który jest dedykowany osobom o bladej i bardzo jasnej karnacji (do wyboru są 4 kolorki).
 

Korektor pod oczy towarzyszy mi w makijażu codziennym ze względu na problem z cieniami, które są moją zmorą zwłaszcza po zarwanych nocach i w okresie ciężkich dni nauki i pracy.
Długo męczyłam się z korektorem Astor Skin Match, który odznaczał się i zamiast ładnie kamuflować, podkreślał niedoskonałości pod oczami. Następnie wybór padł na Loreal True Match, który jest całkiem niezły nawet pomimo wyraźnego żółtego pigmentu. Z radością jednak muszę stwierdzić, że korektor Pixie jest tym, który nadaje się do codziennego makijażu, bo nie tylko ukrywa cienie, ale także pięknie rozświetla i pielęgnuje delikatną skórę pod oczami.



.


Opis producenta:

Całkowicie naturalny korektor pod oczy, który doskonale koryguje niedoskonałości, neutralizuje i rozjaśnia przebarwienia skóry. Znakomicie kryje cienie pod oczami, utrwala makijaż oczu na cały dzień. Zawiera witaminę A (retinol), witaminę E oraz witaminę C. Zawarta w składzie gliceryna roślinnego pochodzenia, na skórze tworzy ochronny film i nawilża skórę.

Link do strony, na której możecie zakupić kosmetyk:klik




Skład: kosmetyk jest bogaty w olej rycynowy i słonecznikowy, witaminę A, E i C oraz emolienty; jest to jeden z kosmetyków o najbardziej naturalnym składzie na rynku.

Kolor: ja wybrałam najjaśniejszy i faktycznie nadaje się dla bladolicych; nie odznacza się, nie wpada przesadnie w żółć ani róż, określiłabym go raczej jako ciepły beż.

Działanie: korektor nie wysusza, a wręcz nawilża skórę; nie jest również konieczne używanie pod niego kremu (przynajmniej w moim przypadku). Pięknie rozświetla.

Konsystencja: określiłabym ją jako maź; Jeśli nigdy nie miałyście do czynienia z kosmetykami na olejach naturalnych to nie zdziwcie się kiedy w cieplejsze dni będzie bardziej "roztopiony". Przypomina pod tym względem kamuflaż Alverde, który także posiada naturalne składniki.

Zapach: praktycznie niewyczuwalny, podobny do wspomnianego kamuflażu Alverde.

Aplikacja: najlepiej wklepywać palcem, korektor wtedy ładnie stopi się ze skórą, ewentualnie można użyć gąbeczki.

Krycie: średnie, dużych sińców pod oczami nie zakryje w 100%; plusem jest to, że krycie można budować bez obaw o stworzenie maski.

Opakowanie: słoiczek plastikowy, bez zarzutu.

Wydajność: jak przystało na korektor pod oczy w kremie, jest niesamowicie wydajny.

Cena: 48 zł. Według mnie jak na kosmetyk bardzo wydajny i zawierający naturalne składniki, cena nie jest wygórowana.

Ogólna ocena: osobiście jestem zadowolona z działania tego kosmetyku. Jako że jestem przyzwyczajona do korektorów w kremie, nie przeszkadza mi jego konsystencja. Cieszy mnie niezmiernie skład i to, że korektor także pielęgnuje skórę i bez obaw mogę go używać codziennie. Myślałam, że nie zakryje moich cieni całkowicie, ale z tą kwestią raczej sobie radzi ( wyjątkiem są dni, w których z powodu niewyspania nic nie jest w stanie ich zakamuflować). Korektor trzyma się cały dzień. Nie odznacza się, aczkolwiek trzeba go dobrze wklepać.
Polecam ten produkt i bez wahania sięgnę po kolejny słoiczek.

Macie swój ulubiony, niezawodny korektor pod oczy??

P.S. Już wkrótce recenzja z podkładami mineralnymi Pixie Cosmetics :)

Pozdrawiam !


3

29 maja 2016

Podkład Clinique Anti-Blemish Solutions moim okiem






Mniej więcej rok temu wybrałam się do sklepu firmowego Clinique, żeby przetestować podkładowe wspaniałości (jak to opisują na różnych forach) i tym sposobem wpadła w moje ręce próbka Anti-Blemish Solutions, którą miła pani konsultantka określiła, jako odpowiedni produkt do makijażu cery trądzikowej z przebarwieniami.
Byłam bardzo ciekawa, jak zachowa się na mojej skórze i czy dogodzi mi i spełni moje wygórowane, co do kosmetyków, wymagania.  Cieszę się, że była to tylko próbka, gdyż jako osoba nie przepadająca za płynnymi podkładami, szukająca takich formuł jedynie na większe wyjścia, muszę przyznać, że nie pokusiłabym się na pełnowymiarowe opakowanie warte około 140 zł za 30 ml.

Na stronie producenta, drogerii czy Wizażu, znajdziecie gloryfikujące ów produkt opisy

"Płynny podkład korygujący i zapobiegający wypryskom CLINIQUE z serii Anti-Blemish Solutions. Lekki, beztłuszczowy podkład w płynie o przedłużonej trwałości. Natychmiast wygładza skórę, nadając jej równomierny odcień, a po dłuższym stosowaniu specjalnie dobrana mieszanka aktywnych składników pomaga niwelować powstawanie zaskórniaków i wyprysków.
Odblokowuje pory w skórze, ma działanie odświeżające i lekko chłodzące, pielęgnuje wrażliwą i suchą skórę.
Przeznaczony do każdego rodzaju skóry z problemem wyprysków i zaskórników.
Beztłuszczowy, niekomedogenny, bezzapachowy." źródło

Przyznacie, że opis kusi, więc człowieka żądnego nowych kosmetycznych wyzwań, musi w końcu zachęcić do nabycia.

Próbkę podkładu otrzymałam w odcieniu 02 Fresh Ivory. Jest to odcień bardziej pasujący na lato, bo aktualnie jest ton ciemniejszy od mojego naturalnego koloru skóry.




Nie wiem czy widać to dobrze na zdjęciu, ale podkład wpada lekko w róż.

Nadszedł dzień testu-był upalny letni dzień, mój standardowy podkład chylił się ku pustemu denku, więc nałożyłam tę "wspaniałość".
Efekty na mojej skórze:
-wchodzi w pory i nieładnie je uwidacznia (jest to duży minus)
-krycie w porządku, choć korektor nie jest zupełnie niezbędny
-czuć go na twarzy! (kolejny płynny kosmetyk który się lepi - oto dlaczego zachwalam sypkie minerały)
-bardzo szybko się "wyświeca" (konieczny dobry puder matujący, zwłaszcza jego tona w strefie T)
-mocno alkoholowy zapach, który na szczęście się utlenia

Czując lepkość, widząc błyszczenie i ogólnie nieładny wygląd cery, po około dwoch godzinach go zmyłam; nie mogę więc ocenić walorów typu niekomedogenność, pielęgnacja wrażliwej cery itp.,  aczkolwiek jestem świadoma tego, że kolorówka z listą Mendelejewa w składzie nie jest od tego, by cerę leczyć, więc jeśli jej nie szkodzi to wystarczający powód do glorii.

Skład obfituje w silikony, alkohol i glikol propylenowy, których obecność nie przysłuży się w walce o czystą cerę, nie mówiąc już o trosce o wrażliwą skórę. Nie sądzę też, że zawarty kwas salicylowy pomoże zahamować powstawanie zaskórników.

Szczerze ani nie odradzam, bo długiego romansu z podkładem nie miałam, ani też nie polecam gorąco za względu na skład i cenę, bo patrząc na oferty drogeryjnych produktów, można znaleźć wiele z podobnym składem w dużo niższej cenie.

Miałyście do czynienia z tym kosmetykiem? Może macie swojego mistrza płynnego makijażu, którego chciałybyście polecić?

Pozdrawiam serdecznie ! :)
9

6 maja 2016

Podkład kryjący Annabelle Minerals-czy jeszcze do niego wrócę? Annabelle vs Lily Lolo



Moja kapryśna cera trądzikowa bardzo nie lubi drogeryjnych podkładów. Zresztą, używając od kilku dobrych lat tylko sypańców, nie bardzo umiem się posługiwać kosmetykiem w płynnej formule. Minerałki są dla mnie istnym wybawieniem,( tutaj opowiadałam o tym, czego używałam zanim je odkryłam ) pozwalają ukryć niedoskonałości bez zapychania i obciążania skóry, dlatego gorąco je polecam cerom tak wymagającym, jak moja. Z biegiem czasu, zauważyłam, że ukochane przeze mnie produkty nie są bez wad i wielokrotnie uprzykrzają mi życie, bo zamiast kamuflować, podkreślają to co nie trzeba. Z przykrością więc muszę stwierdzić, że jedne z niewielu kosmetyków kolorowych odpowiadających potrzebom cery trądzikowej i łatwo zanieczyszczającej się, nie zawsze sprawdzają się w tej roli. I do takich ewenementów muszę zaliczyć też podkład kryjący Annabelle Minerals. Choć może trzeba znaleźć na niego sposób i nie wszystko stracone? W końcu kiedyś flat topa AM także odrzuciłam a obecnie króluje w ulubieńcach i nie wyobrażam sobie bez niego makijażu :) Zapraszam na recenzję i małe porównanie z podkładem Lily Lolo


Na podkłady AM natknęłam się dwa lata temu po nieudanej przygodzie z podkładem Lily Lolo i jego totalnie rozczarowującym poziomie krycia. Ucieszyło mnie, że AM ma w swojej ofercie podkłady dopasowane do różnych potrzeb cery i bez wahania zamówiłam próbki w formule kryjącej. Do gustu przypadł mi wówczas odcień Golden Fair, który dziś wydaje mi się trochę za ciemny.
Gama Golden to odcienie żółto-oliwkowe, bardziej piaskowe



Następnie zdradziłam go z ulubieńcem wszech czasów-podkładem mineralnym  L'oreal True Match, którego najjaśniejszy kolor, nadal był za ciemny. Zmęczona ciągłym rozjaśnianiem go, przy którym to zabiegu tracił troszkę na kryciu, postanowiłam powrócić do AM.
W sklepie stacjonarnym w Warszawie akurat nie mieli odcienia Golden Fairest na który się zdecydowałam, ale przemiła pani podarowała mi próbkę, abym miała co na twarz nakładać, nim przyjdzie podkład.

Już w tym momencie, używając próbki, zaczęłam się mocno zastanawiać czy iść po pełnowymiarowe, acz mniejsze opakowanie 4g. Podkład jest kremowy, przez co można nim przy nakładaniu zrobić placki  i w moim przypadku średnio stapia się ze skórą. Czarę goryczy przelał jednak fakt, że podkład oksyduje ! Zaraz po nałożeniu i przez pierwsze max. dwie godziny wygląda dobrze, potem kolor się utlenia i twarz wygląda dość niekorzystnie. W przypadku cer mieszanych i tłustych konieczne jest zmatowienie go pudrem (wiele osób narzeka właśnie na ważenie się kryjącego AM). Ze względu na to, że kryje wspaniale (przy dużych przebarwieniach i niedoskonałościach jest konieczne wspomaganie się korektorem) i ma odcień, który zimą odpowiada mi najbardziej zdecydowałam się na zakup.

Skład jest kolejnym ogromnym plusem tego produktu:


 Przy okazji chcę zwrócić uwagę na istotny fakt-poziom krycia zależy od ilości tlenku tytanu, dlatego szukajcie podkładów, w których jest on wysoko w składzie





 I tak przeklinałam go, mówiąc że więcej do niego nie powrócę, że może zmienili formułę i dlatego teraz wypada gorzej;miałam wrażenie że obok zmieniania koloru w bardziej pomarańczowy, wzmaga przetłuszczanie skóry, toteż  używałam go tylko gdy wychodziłam na krótko.
Pewnego dnia, użyłam pod niego mój mineralny puder (krzemionka+mikrosfery silikonowe)-robię to czasami, aby ograniczyć przetłuszczanie i zachować mat na dłużej, aczkolwiek nie jest to dobry pomysł, kiedy macie suchą skórę, bo taki matujący puder nieźle podkreśla suche skórki.
I nastała metamorfoza-podkład nie zmienił koloru, choć na skórze był przez dłuższy czas; troszkę zrobił się ciastkowaty, jak zwykle, ale ogólnie dał radę, tak jak mój L'oreal !
Jak widać, podkład AM potrzebuje primera jak ryba wody, więc jeśli możecie używać silikonów bez obaw, eksperymentujcie z gotowymi drogeryjnymi bazami, jeśli nie - sklep Kolorówka lub puder matujący, taki jakiego używacie do wykończenia makijażu przyjdą Wam z pomocą.


Teraz czas na obiecane porównanie:
1. Odcienie





Minerałki AM są mają bardziej piaskowe odcienie i kremową konsystencję- LL Warm Peach to prawdziwy żółtek o bardziej sypkiej konsystencji. LL potrafi się jednak fantastycznie wtopić i nie funduje nam efektu ciastka na twarzy, za to krycie jest nieporównywalnie słabsze.
Jak widać na zdjęciu Golden Fair kolorystycznie przypomina Warm Peach, przy czym jak już wyżej napisałam- Goldenki są lepiej dostosowane do oliwkowych, ciepłych karnacji z domieszką żółci.


2. Opakowanie




W tej kwestii opakowanie Lily Lolo wygrywa- posiada duże wieczko, na które wygodnie wysypiemy podkład (na co dzień korzystam właśnie z tego wieczka). Ma przekręcaną górę z sitkiem, dzięki czemu możemy podkład przewozić bez obaw, że się wysypie. Zaślepka w pojemniku AM jest w porządku, ale po całkowitym przypadkowym oderwaniu, przestaje spełniać swoją funkcję. Opakowanie LL jest szersze i bardziej płaskie, co również uważam za plus w kosmetyczce.


3. Cena

Tu akurat Annabelle ma przewagę: po pierwsze jest to polska firma i ceny nie są wygórowane. Za podkład o pojemności 4g zapłacimy 34,90 zł zaś za 10g - 59,90 zł.
Lily Lolo oferuje tylko kosmetyk w wersji 10 g i jego cena regularna to 81,90 zł.

Podsumowanie:
Ciężko mi polecić lub nie podkład AM, bo każdy ma inną cerę i odmienne oczekiwania od podkładu. Kryje bardzo dobrze, ale wymaga kosmetyków matujących, aby uniknąć "cakey face" ;) Konieczne jest też użycie pod niego pudru lub primera. Nakładanie na mokro już totalnie odradzam, bo przez swoją kremową, zbitą konsystencję zafunduje nam placki na twarzy.
Nie wiem czy powrócę do tego podkładu, kto wie, może w końcu nie będę potrzebować dużego krycia i z przyjemnością sięgnę po Lily Lolo, które przodują w trwałości, stapianiu się ze skórą i radzą sobie z utrzymaniem matu ?
Jeśli jednak lubicie minerały a Wasze niedoskonałości wymagają dobrego kamuflażu, wypróbujcie ! Tym bardziej że cena nie jest dość wygórowana i zawsze możecie zaopatrzyć się w próbki. :)

Co sądzicie o podkładach Annabelle Minerals? Macie swojego mineralnego faworyta?

11

12 kwietnia 2016

Bezglutenowa pizza włoska - najłatwiejszy przepis pod słońcem !



Będąc na diecie bezglutenowej nie musicie rezygnować ze smakołyków. Dzięki producentom żywności, których na całe szczęście przybywa, mamy do wyboru wiele bezglutenowych produktów, których jedynym minusem jest cena i czasem dostępność.
Przepis tu prezentowany nie jest niczym innowacyjnym, gdyż pochodzi ze składników zamkniętych w kartonowym pudełku, ale warto skusić się na ten produkt ze względu na bardzo dobry skład, łatwość w przygotowaniu i bezpieczeństwo dla chorujących na celiakię.
Mąkę na pizzę kupiłam prawie rok temu w Auchan. Półkilogramowe opakowanie kosztuje 12 zł., więc jest to cena dość wysoka, zważywszy na to, że produkt jest jednorazowego użytku.




To była moja pierwsza w życiu własnoręcznie robiona pizza, więc to w głównej mierze z tego powodu tak długo zbierałam się by ją przygotować.



Skład jest przedni: skrobia ziemniaczana, mąka kukurydziana, grysik ryżowy, skrobia kukurydziana, sól, babka płesznika + saszetka z drożdżami.

Wykonanie bardzo proste; jedyną trudność sprawiło mi oczekiwanie :) Jak zaznacza producent, możemy jeszcze z ciasta wykonać włoską focaccię, ale ja postawiłam na tradycyjną pizzę.

Postępowałam wg przepisu z tym że na przyszłość polecam jednak zamiast używania papieru do pieczenia, wysmarować tłuszczem formę, bo jest to opcja wygodniejsza a i ciasto lepiej się później kroi i wyciąga.
Ciasto wyłożyłam do formy prostokątnej, przykryłam ściereczką i umieściłam przy kaloryferze.
Wyrosło, co mnie niezmiernie ucieszyło i choć zaliczyłam małe potkniecie (następnym razem na wierzch dam większą ilość składników) pizza była pyszna :)


Składniki na wierzch:
- przecier pomidorowy do posmarowania pomieszany z ziołami prowansalskimi, bazylią i oregano
- mozzarella biała dwie kulki
- słoik oliwek czarnych
- puszka kukurydzy
- pomidorki śliwkowe (mogą być też koktajlowe)
- rukola na wierzch (po wyciągnięciu gotowej pizzy z piekarnika)



6
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.